WCZYTUJĘ

Wpisz szukaną frazę

„Chcę od życia więcej!” – rozmowa o tym, jak urzędniczka z Piotrkowa Trybunalskiego zmieniając swoje życie, zmieniła życie innych kobiet

Udostępnij

Z Jolą Kopeć, która w bardzo wietrzny sobotni poranek przyjechała z Piotrkowa Trybunalskiego z walizką wypełnioną egzemplarzami książki „W dwa wieczory do siebie”, spotykamy się w warszawskich Złotych Tarasach. Obie coś o sobie wiemy – ja obserwuję na Instagramie profil Joli @na_emeryturze_bede_niegrzeczna i przed naszym spotkaniem zapoznałam się z kilkoma rozdziałami jej debiutu literackiego, ona zaś siedziała w pierwszym rzędzie, gdy ja miałam swój debiut podczas konferencji TEDx Warsaw Women. Obie mamy podobną misję i przekazujemy światu podobne przesłanie dotyczące kobiet po pięćdziesiątce. Jeszcze rano, w SMS-ach, byłyśmy na per „pani” („Pani Jolu, strasznie dziś wieje znowu, nie wiem, czy podróż w takich warunkach będzie bezpieczna…” „Pani Olu, jadę pociągiem, jest ciężki, będzie dobrze!”), kiedy rozpoznajemy się w kawiarni rzucamy się sobie w ramiona i automatycznie, bez ceregieli, przechodzimy na „ty”. Już wiem, że to będzie energetyczne i znaczące spotkanie z niezwykłą kobietą.

Jolu, mówisz i piszesz, że do pięćdziesiątki obsesyjnie szukałaś recepty, metody, która przeniosłaby Cię do lepszego życia. I znalazłaś to COŚ, co zadziałało – zmieniłaś swoje życie. Dlaczego akurat pięćdziesiątka to cezura w Twoim życiu, dlaczego zmiana akurat w tym wieku?

Ja rzeczywiście zaczęłam myśleć o zmianie w moim życiu tak około pięćdziesiątki. To po prostu przyszło do mnie. Szykowałam się, że ta książka to będzie na pięćdziesiątkę. Okazało się jednak, że nie jest prawdą, że można – jak przeczytasz w wielu poradnikach – w siedmiu krokach zmienić swoje życie. Na pewno nie. Zajęło mi to kolejne pięć lat. Może wydawać się, że to dużo, ale nie chcę, żeby kobiety myślały ze strachem, że pięć lat to dużo, że jest na coś za późno. To było pięć lat takiego doświadczenia, bez którego nie udźwignęłabym wydania książki. Ona nie byłaby tak dobra, a ja, być może, nie cieszyłabym się tak bardzo, jak się cieszę.

Co się wydarzyło przez te pięć lat?

Musiałam dogonić ideę, którą sobie wymyśliłam. Musiałam odważyć się wyjść na scenę, obwieścić światu – w moim przypadku ludziom w niedużym mieście, w którym pełniłam jakąś rolę – że od teraz będę aktywna na Facebooku i Instagramie. Role tak się do nas przyklejają! Ludzie pytali mojego męża, czy ja zmieniam pracę, czy rzuciłam pracę w urzędzie (Jola jest kierowniczką Biura Partnerstwa i Funduszy piotrkowskiego magistratu – przyp. red.). A ja po prostu zaczęłam chcieć od życia więcej, i musiałam to głośno zakomunikować. To było najtrudniejsze.

Na koniec tej drogi zrozumiałam, że kobiety nie mogą dać sobie wyrywać skrzydeł. Muszą słuchać tego głosu, który krzyczy w nich: chcę żyć na swoich zasadach, chcę żyć po swojemu!. I chyba dopiero kiedy dałam sobie zgodę na takie życie, to zbiegło się z tym, że wydałam moją książkę. Na to trzeba być gotowym. To się osiąga w działaniu. Tego nie osiąga się czytając inne książki, które są oczywiście inspirujące, ale trzeba zrobić ten pierwszy krok w stronę dyskomfortu. Dla mnie tym dyskomfortem było pokazanie siebie w nowej roli.

A co robiłam od pięćdziesiątki do dzisiaj? Szkoliłam kobiety. Łapałam się różnych rzeczy. Wiedziałam, że chcę coś zmienić, ale nie wiedziałam, co. Myślę, że każda kobieta czuje, że ma potencjał w różnych obszarach, ale żal jest jej zrezygnować z czegokolwiek. A chodzi o to, żeby znaleźć to coś w nas, co buzuje najbardziej. Ja zawsze dobrze pisałam. Ale my nie szanujemy rzeczy, które nam przychodzą łatwo. Od liceum wiedziałam, że piszę dobrze, ale miałam takie podejście: A co to za filozofia – pisać??? My nie doceniamy tego, co nam przychodzi łatwo.

Tak, znam to!

Szukałam innych rzeczy, błąkałam się po różnych ścieżkach. A to łapałam się tego, a to tamtego. Miałam silną pokusę rozpoczęcia czegoś on nowa. Myślę, że wiele kobiet to zna. I dopiero kiedy dotarło do mnie, że ja siedzę na skrzyni skarbów, na wieku której jest naklejka: „pisanie”, i że to tam są wszystkie te diamenty, które ja mogę wyciągnąć już – tu i teraz, nastąpił przełom. Dałam sobie prawo do rozwinięcia tego, co we mnie tkwi mocno, tego, co jest moim talentem, przewagą. Bo przecież zanim nauczę się, na przykład, haftowania, to z pisaniem będę już dużo dalej.

Zrozumiałam, że wydobycie tego, co jest we mnie mocne, nie jest czymś złym. Po co kopać się z tym, co jest słabe. Myślę, że kobiety dużo tracą na kopanie się z tym, co w nich słabsze.

I wtedy zdecydowałaś, że będziesz pisać?

Tak. Usiadłam i napisałam książkę. Wysłałam ją do 30 wydawnictw. I odzew był praktycznie żaden. To było mega frustrujące.

Nawet na maila nie odpisali?

Dwie osoby odpowiedziały. Jedna napisała, że książka jest dobra, ale ja nie jestem rozpoznawalna, nie jestem celebrytką. A żeby im się to opłacało, to muszą sprzedać 1500 egzemplarzy, moja anonimowość nie gwarantuje tego. Powiedzieli, że jeśli zbiorę 10 000 fanów na Facebooku, to oni wydadzą to. Poszłam za tym. Miałam, co prawda, wspierać kobiety, ale skoro mam być celebrytką, to OK, będę nią!

(śmiech)

Ale w życiu jest tak, że jeśli coś nie jest twoje, tylko narzucone przez kogoś i ty w to idziesz, to jest to trudne i frustrujące, bo nie masz rezultatów takich, jakie miałabyś, gdyby to było twoje. I przez to zaliczyłam jeszcze większy zjazd. Ja się zmuszałam i robiłam to. Byłam aktywna na tym Facebooku, chciałam być królową internetu, ale okazało się, że to jest tak bardzo nie moje, tak dołujące, że pogubiłam się strasznie. Rozsypałam się na milion kawałków. Po tym musiałam zebrać się i wrócić do siebie. Jeszcze jeden pan odpisał mi. Stwierdził, że to jest zbiór felietonów, a oni felietonistów mają swoich, więc bardzo dziękują. Ale ja się uczepiłam dwóch dobrych informacji: skoro to są felietony i to jest dobre, to ja mogę szukać dalej. Podjęłam decyzję, że wydam tę książkę sama.

Chociaż bardzo tego nie chciałam, bo ja się boję tych spraw formalno-prawnych. Ja lubię tworzyć, lubię akt kreacji, a nie formalności – jakkolwiek to brzmi w ustach urzędniczki. Z pisaniem książki, takiej bardzo swojej, jest tak jak pisał Stephen King – jak zaczniesz, to nie możesz przestać. Ja miałam wiele takich momentów, że chciałam się poddać. Myślałam, że zrobię z tego bloga, podcast, ulotki. Cokolwiek. Ale nie mogłam spać. Czułam, że mam coś ważnego do powiedzenia światu, że to jest dobre, że nie mogę oszukiwać Joli Kopeć, która napisała fajną książkę, że to jest do niczego. I podjęłam decyzję, że wydam ją sama. Pieniądze odłożyłam sobie z trzynastki i nagrody jubileuszowej, żeby nie iść do firmy pożyczkowej. Trochę mi zabrakło, bo zazwyczaj nie doszacowujemy swoich projektów.

Znalazłaś jakąś firmę, która wydaje ludziom książki?

Zaczęłam zupełnie po omacku, krok po kroku. Przypadkiem trafiłam na świetną redaktorkę i mentorkę, Marię Kulę, która opiekowała się mną przez pół roku. Ona napisała potem w blurpie, że „W dwa wieczory do siebie” to nowa jakość w poradnikach. Ja nie chciałam poradnika ani naukowego, ani ezoterycznego, nawiedzonego, ani – jak ja to nazywam – poradnika przemocowego: Bądź taka, taka, zrób ćwiczenia i będzie gitara. Ja po prostu czułam, że mogę powiedzieć podprogowo, żeby kobiety nie mordowały się z tym rozwojem tak bardzo. Powiedziałam to Marii i dałam jej 25 opowiadań, takich historii z życia wziętych. Ona powiedziała, że muszę je ułożyć według planu, że muszę nadać książce strukturę, żeby czytająca ją kobieta wiedziała, jaką drogę powinna przejść, by dojść do miejsca, w którym ja jestem. To było prawdziwe wyzwanie – z tych przypadkowych opowieści stworzyć transformującą całość.

Dotarło do mnie, że to, co mam do powiedzenia, nie jest tylko śmieszne i fajne – może wpływać na ludzi i zmieniać ich. I zrobiłam to. A potem było tylko łatwiej. Znalazłam Pracownię Książki 27pixeli, znalazłam świetną korektorkę, Elę Sokołowską, znaną jako Korektelka, one zrobiły za mnie to, czego nie lubiłam. I myślę, że to jest ważne. Nie aspirujmy, że jak mamy w szufladzie dzieło, to jesteśmy w stanie przeprowadzić wszystko od początku do końca samodzielnie. Nie musisz być specjalistką od self publishingu, możesz poprosić o pomoc. To kosztuje, i musisz się na to przygotować, ale warto za to zapłacić. Profesjonaliści sprawią, że twoje dzieło będzie błyszczeć jeszcze większym blaskiem.

Zanim książka poszła do druku, dałaś ją komuś do przeczytania?

Miałam 3-4 beta readerki, mówiły, że książka jest dobra, ale ja im trochę nie wierzyłam. Wiesz, każda z nas ma problem ze sobą. (śmiech) Wcześniej i Maria to mówiła i Ela. W końcu dorwałam kogoś kompletnie obcego i ona też powiedziała, że jest dobrze. Wobec takich ocen nie mogłam zostać obojętna. To też pomogło potem w sprzedaży. Wiele kobiet porywa się na pisanie, ale nie do końca mają świadomość, że będą musiały sprzedać swoją książkę. A książki się same nie sprzedają, wydawnictwa książek nie sprzedają. Ale kiedy napiszesz książkę w zgodzie ze sobą, czujesz, że jest dobra, nie wstydzisz się jej, to nie masz problemu, żeby mówić o niej obcym ludziom i zachęcać ich do kupna. Ja w ciągu tygodnia sprzedałam 300 egzemplarzy mojej książki, czyli cały nakład, bazując na jednym lokalnym księgarzu, internecie i moim własnym plemieniu. Wciąż nie mam strony sprzedażowej. Kobiety, żeby kupić „W dwa wieczory do siebie”, musiały do mnie napisać wiadomość, zrobić przelew, podać adres. Ja pakowałam książki i szłam z nimi do paczkomatu. To jest męczące i nie powtórzę tego przy dodruku – ja pracuję, smażę kotlety, chodzę z psem do weterynarza, ale to było też bardzo uskrzydlające. I dzięki temu znam moje czytelniczki, wiem, kim są te kobiety. Teraz mogę napisać drugą książkę i uwzględnić w niej to, co od nich usłyszałam. Tego mi nikt nie zabierze.

Jakie są zatem Twoje czytelniczki?

Dzielą się na dwie grupy: te, które potrzebują mojej książki, i te, które jej nie potrzebują. Są takie, które same przeszły transformację, mają bardzo dużą samoświadomość, wiedzą, czego chcą. I one czytają „W dwa wieczory do siebie”, bo to jest lekkie i przyjemne – dowcipne i autoironiczne, pogodne. Ale te, które jej potrzebują, czytają jeden rozdział dziennie. Analizują. Rozmyślają. Są też takie, które śmieją się, że powinnam zmienić tytuł, że to powinien być „Jeden wieczór do siebie”, bo one nie mogły się od niej odkleić i przeczytały ją w jeden wieczór. I piszą mi o tym. To dobro, które od nich dostaję, to wsparcie, to ja mam teraz tyle w sobie tego, że mogę jeszcze napisać sto książek – bez zastanawiania się w tej chwili, czy to jest komuś potrzebne. Pierwsza myśl do napisania tej książki była taka, żeby moje córki i wnuki wiedzieli, co ja miałam w głowie, kim byłam. A teraz mnie to nie obchodzi, teraz myślę o tym, jak wielu osobom ta książka zmieni życie.

Twoje czytelniczki są Twoimi rówieśniczkami?

Okazało się, że moją książkę czytają trzy pokolenia kobiet: głównie w moim wieku i wieku moich córek, ale ostatnio zadzwoniła do mnie 77-letnia mama mojej przyjaciółki i pogratulowała mi – jej książka bardzo podobała się. Rozstrzał wiekowy czytelniczek bardzo mnie zaskoczył.

Rysuje Ci się jakiś obraz współczesnej kobiety na podstawie tych kontaktów?

Współczesna kobieta potrzebuje akceptacji, czułości, przytulenia. Ta książka jest namiastką relacji. Jest  napisana w formie listu do przyjaciółki i czytelniczki czują się tą przyjaciółką. To bardzo intymna relacja. A my potrzebujemy wszyscy tej intymności.

A to nie jest tak, że współczesne kobiety, mimo że otoczone rodziną, znajomymi, gdzieś w środku czują się samotne i niezrozumiane, mają poczucie, że otoczenie nie wie, kim są naprawdę, i nie ma kogoś, kto przytuli to, co noszą w środku?

Tak, i ja też czułam się samotna w taki sposób. Ale ta książka jest remedium na to – pomaga nawiązać relację ze swoją najlepszą przyjaciółką: samą sobą. One się boją tam zajrzeć do środka, a tam czeka na nie ktoś wspaniały.

Książka Joli Kopeć „W dwa wieczory do siebie” będzie ponownie dostępna w sprzedaży od 16 marca, ale już dziś możesz przeczytać jej fragment na stronie jolantakopec.pl.

Tagi