WCZYTUJĘ

Wpisz szukaną frazę

To się czyta znakomicie

Udostępnij

Biżuteryjne, pisane dużą czcionką, dla koneserek – tak o tych książkach, w dużym skrócie, mówi się „na mieście”. Gdy dochodzą do tego dedykacje od autorek, niezwykłej urody okładki, ukośne skrzydełka służące jako zmyślne zakładki i ręcznie przygotowane przez samą właścicielką wydawnictwa, personalizowane ozdoby – mamy do czynienia z małymi dziełami sztuki. Iwona Krynicka, właścicielka oficyny wydawniczej SILVER wie bowiem, że kobiety zasługują tylko na rzeczy wyjątkowe i dlatego, w czasach zalewu rynku przez e-booki i audiobooki, postanowiła wydawać unikaty.

PWN, wydawnictwo Wilga, Muza, Ameet, do tego współpraca  z takimi tuzami jak Wanda Chotomska, Joanna Papuzińska, Dorota Gellner, Grzegorz Kasdepke, Bohdan Butenko, Daniel de Latour i wielu, wielu innych. Piękna kariera, ale związana raczej z rynkiem literatury dziecięcej. Jak ta droga zaprowadziła Cię do oficyny wydawniczej SILVER, której jesteś od dwóch lat właścicielką?

W PWN-ie pracowałam w redakcji słowników – to była moja pierwsza praca po studiach. Wspominam ten okres bardzo nostalgicznie. W tamtych czasach wszystkie redaktorki i redaktorzy byli zatrudnieni na etat; w moim zespole były dziewczyny, które całe swoje zawodowe życie pisały słowniki języka polskiego! Były znakomite, czasami przypominały detektywów w tropieniu nowych znaczeń i użyć słów. Taka Lidka na przykład, gdy opracowywała jeden z najbardziej skomplikowanych czasowników „iść”, nie pojawiała się w redakcji przez 3−4 tygodnie; cały pokój miała wyłożony fiszkami. Tak, tak − to był czas fiszek! W PWN-ie nie było wtedy komputerów, biurka pęczniały od kartek. Miałyśmy normę do wyrobienia – 300 znaków dziennie. To była praca z żywym językiem i najlepsza szkoła, jeśli chodzi o warsztat. Gdyby nie moje koleżanki: wspomniana Lidka, Anka, Bożena, która przepracowała w PWN-ie całe życie, dziś umiałabym o wiele mniej. I pewnie byłabym też w innym miejscu. Potem były wydawnictwa dziecięce, moja wielka pasja i znów znakomici ludzie. Ale to zawsze były etatowe prace, więc…

W Twojej głowie pojawił się pomysł na własne wydawnictwo. Kiedy to było?

Kiedyś właściciel Wilgi (która była moim drugim miejscem pracy), spytał mnie, jakie mam plany na rozwój. Powiedziałam mu wtedy, że chciałabym mieć swoje wydawnictwo. Ta myśl wracała często, ale cały czas miałam poczucie, że to jeszcze nie jest ten moment. Syn był mały, mąż bardzo dużo pracował, bo miał własną kancelarię; baliśmy się, że dwa prywatne biznesy to za dużo na jeden dom… W tamtym czasie marzyłam o wydawnictwie dla dzieci, interesowała mnie wyłącznie praca w tej działce. Wilga miała mnie nauczyć wszystkiego o wydawaniu książek dla dzieci. Zaczynałam jako redaktor-koordynator, potem byłam sekretarzem redakcji i w końcu redaktorką naczelną. Przez 15 lat przeszłam całą redakcyjną drogę, a Wilga była, no cóż, moim drugim domem. Dlaczego? Bo był tam niesamowity zespół! My wręcz kochaliśmy ze sobą pracować. Gdybym pisała swoją autobiografię, ten rozdział nazwałabym „Życie w Wildze” (śmiech). Po Wildze trafiłam do Muzy, gdzie tworzyłam od zera redakcję książki dziecięcej. To tam powstały kultowe dziś serie, jak Muzeum Książki Dziecięcej Poleca. Odtwarzaliśmy książki z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, odwoływaliśmy się do wspomnień rodziców i dziadków. Jedna z nich „Drzewo do samego nieba” kilka lat temu wskoczyła na listę lektur szkolnych, a Muza była jedynym wydawcą tej książki! Tam poczułam, co to jest wolność kreowania, mogłam realizować różne pomysły. Potem pracowałam w Ameecie. Ameet to korporacja tworząca książki dla dzieci oparte na licencjach: Lego, Mattela, Disneya – uczyłam się pracy z produktem licencyjnym. To był ciekawy czas, ale też trudny dla mnie osobiście, bo połowę tygodnia spędzałam poza domem − mieszkam w Warszawie, a pracowałam w Łodzi. W 2018 rok wreszcie dojrzałam do decyzji, że czas na zmiany i to zasadnicze. Wtedy pojawiło się pytanie: „Co będę robić?”.

To wtedy marzenie o własnej oficynie stało się planem?

Miałam oszczędności, syn stał się w pełni samodzielny, biznes męża – stabilny, więc mogłam się zająć realizacją marzenia. 20 lat doświadczenia, pracy z autorami, grafikami, ogromne portfolio, kontakty – wszystko wskazywało na to, że to powinno być wydawnictwo dziecięce. W głowie miałam dobre słowa autorki Agnieszki Frączek, która kiedyś powiedziała mi: „Jeśli otworzysz wydawnictwo, to na początku będę dla ciebie pisać za darmo”. Oczywiste więc było, że będę wydawać książki dla dzieci. Ale… Ale właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem też tą dziedziną zmęczona. Miałam poczucie, że nie jestem w stanie wykreować niczego nowego i świeżego. Uzmysłowiłam sobie, jak dużo jest wydawnictw dziecięcych i że wciąż powstają nowe. Czyli moja firma byłaby dublowaniem tego, co już na rynku jest. Wtedy zaczęłam myśleć: „Jeśli nie literatura dziecięca, to co?”. W tym czasie odszedł mój tata i mama została sama. Od zawsze czytała literaturę obyczajową. Kiedyś dostała ode mnie erotyczny kryminał Pauliny Świst; powiedziała wtedy: „Świetnie się to czyta, no może opisy seksu, to nie jest w moim stylu, ale zastanawiam się, czy nie mogłabyś mi przywieźć książki, gdzie osoby w moim wieku byłyby najważniejsze”. Zaczęłam drążyć temat i okazało się, że takiej literatury, gdzie głównymi bohaterkami są dojrzałe kobiety, właściwie nie ma. Owszem, babcie występują w tle, jako doradczynie, opiekunki do wnuków, ale to wszystko. Moja mama miała rację!

Drugi taki sygnał pojawił się podczas spotkania z przyjaciółką z branży wydawniczej, gdy sprawdzałyśmy kalendarze i jednocześnie się nam włączyła „długoręczność” (śmiech). Litery nagle stały się dla nas za małe! Czyli narzekamy na słabe czytelnictwo w Polsce, ale jednocześnie zmniejszamy litery, żeby oszczędzać papier, a przez to wiele osób z tego kręgu czytelnictwa eliminujemy. Internet bardzo szybko się do tych potrzeb przystosował, a książka zupełnie na ten problem nie odpowiedziała!

To były dwa impulsy. Pomyślałam, że to jest nisza i że ja ją wypełnię! Będę wydawać książki dla dojrzałych kobiet i będę je drukować dużym drukiem.

Iwona Krynicka, fot. Justyna Szustrowicz

Realizujesz w swoich książkach wszystkie zasady dostępności?

Poprosiłam Polskie Towarzystwo Okulistyczne o wytyczne dotyczące czytania seniorów, osób 50+, z wadą progresywną, niedowidzących. Dostałam wskazówki co do odcienia papieru, interlinii, rozmiaru i rodzaju litery. Krój czcionki SILVERA jest bardzo czytelny, ale dbam też o inne detale: satynowe wykończenie okładki czy skrzydełka.

No właśnie. Zatem jest to świadoma decyzja, że książki SILVERA właśnie tak wyglądają? Że są nie tylko przystępne, ale i wyjątkowe?

Wygląd moich książek bierze się z przekonania, że my kobiety potrzebujemy rzeczy wyjątkowych. Nigdy nie wydawałam byle jakich książek dla dzieci i nie chcę wydawać byle jakich książek dla kobiet. Moja czytelniczka, kiedy bierze do ręki książkę SILVERA, ma mieć poczucie personalizacji – dlatego proszę autorki o dedykacje, zawiązuję wstążeczki, przyszywam koraliki i wkładam między kartki suszone kwiatki. Oczywiście tak wyglądają książki zamówione bezpośrednio u mnie, nie jestem w stanie tego robić masowo. Zresztą duży rynek wcale nie chce personalizacji. Dość powiedzieć, że jedna z sieci księgarskich odesłała mi egzemplarze z autografami jako uszkodzone. To pokazuje, jak inne podejścia reprezentujemy. SILVER to nie jest tylko projekt, który ma zarabiać pieniądze. To jest projekt na moje życie. Kiedy wysyłam książkę czytelniczce, to zawsze wysyłam jej coś osobistego. Nieważne, że trzeba to robić po nocy; razem z książką pakuję swoje emocje – moja czytelniczka, otwierając paczkę od SILVERA, ma się czuć wyjątkowo! Blogerka Mądra Babcia powiedziała, że moje książki są biżuteryjne. Tak, właśnie takie są! Nam, kobietom się to należy.

Te niezwykle piękne, często florystyczne okładki determinują wybór czytelnika. Jak reagujesz na wypowiadane z przekąsem opinie, że wydajesz tzw. literaturę kobiecą?

Na szczęście nigdy nie usłyszałam wprost, że to „ot taka babska literaturka”,  czy „jakaś tam tania obyczajówka”. Sama mówię, że wydaję książki obyczajowe. Wybrałam ten rodzaj z wielu powodów: ze względu na moją mamę, moich przyjaciół, ale i moje upodobania. Mam prawdziwe poczucie misji, bo taka literatura jest potrzebna! Mojej mamie i innym kobietom, które – być może – nie mają wysokich literackich oczekiwań, a chcą alternatywy od telewizora, dzieci i działki. W tej niszy można zrobić coś bardzo, bardzo dobrego.

Kiedy byłam na samym początku tworzenia wydawnictwa, zadałam sobie pytanie: „Ile dzisiejsza silverka ma lat”? Silver marketing mówi, że to osoba 55 plus. My, nawet będąc w tej grupie, nie chcemy się nazywać ani silverami, ani tym bardziej seniorami. To określenie wpycha nas w szablon,  w którym jesteśmy starzy. Dzisiejsza pięćdziesięciopięciolatka to nie jest stara kobieta! Mało która sześćdziesiątka marzy o emeryturze, co więcej, wiele dojrzałych kobiet (tak jak ja) dopiero rozkręca swój biznes. W wieku 60 lat chcę mieć katalog dwustu tytułów i myśleć o dalszym rozwoju oficyny. Szydełko, nie umniejszając robótkom ręcznym, to nie dla mnie.

Tematykę wydawanych przez Ciebie książek zdominowały opowieści o losach i życiowych  historiach dojrzałych bohaterek. To głównie herstorie, pisane także przez dojrzałe autorki. Jak pozyskujesz pisarki?

Mam autorki, które znam od lat, jeszcze z czasów wydawnictw dziecięcych. Pojawiają się też zupełnie nowe osoby. Staram się trzymać rękę na pulsie i czytać, co wydaje konkurencja – jeśli ktoś mi przypadnie do serca, rozmawiamy. Polska literatura kobieca jest na bardzo wysokim poziomie. Wśród mężczyzn też mam kilku faworytów, których chciałabym zaprosić do współpracy.

Jaki wyjątkowy pomysł na książkę ma Iwona Krynicka?

Ech, tych pomysłów jest dużo i cały czas pojawiają się nowe. Ostatnio odkryłam, że książka znanej autorki może być platformą do przedstawienia czytelnikom kogoś debiutującego, czyli zamiast reklam zamieszczam debiutanckie fragmenty. W ten sposób daję debiutantom skrzydła. No a wszyscy lubimy niespodzianki i gratisy, prawda? (śmiech).

Co na to rynek? Skąd zbieracie informacje, czy to się podoba? Czy działa?

Rozmawiamy. I pytamy naszych odbiorców, na FB albo na targach książki. Z każdym tytułem powiększa się baza czytelniczek SILVERA.  90 proc. osób, które kupiły u mnie pierwszą książkę, wraca po kolejne. Mam panie, które kupiły wszystkie wydane przez SILVERA książki.

To znaczy, że cały czas jesteś w takim fantastycznym eksperymencie?

Tak, zdecydowanie! I każdy dzień przynosi nowe odkrycia.

Czy był chociaż jeden moment, kiedy pomyślałaś, że na takie zmiany w życiu zawodowym jest zbyt późno?

Tak. W początkowym pomyśle biznesowym dystrybucję mieli poprowadzić moi znajomi. Ja przez całe życie zawodowe zajmowałam się wyłącznie wydawaniem, czyli współpracą z autorem, redaktorem itp., od reszty procesu wydawniczego miałam kolegów. Po ukazaniu się mojej pierwszej książki znajomi wycofali się z projektu. Wtedy właśnie pomyślałam: „To się nie uda!”. Wzięłam jednak kilka głębokich oddechów i poprosiłam innych znajomych z rynku wydawniczego o rady. Pomogli mi. Musiałam wiele zmienić, przybyło mi dramatycznie dużo pracy, ale dzisiaj tym osobom, które się wycofały, jestem po prostu wdzięczna. Dlaczego? Bo mam pełną wolność, o którą najbardziej mi chodziło. Bo nikogo nie muszę pytać o zdanie. Bo mogę pracować na swoich zasadach.

Coraz więcej kobiet w tym okresie życia podejmuje odważną decyzję o założeniu własnego biznesu. W Twoim wypadku to była dosyć naturalna ścieżka. Czy historia jakiejś bliskiej Ci kobiety czy innej osoby szczególnie Cię inspirowała?

To trudne pytanie, ale chciałabym tu powiedzieć o kobiecie, która zawsze mi imponowała. Ula Kozłowska pisała książki dla dzieci i była moją przyjaciółką. Pochodziła ze Świdnicy, wiodła zwykłe życie. Była już dojrzałą kobietą, gdy zaczęła pomagać swojej siostrzenicy w księgarni. Podczytywała wtedy książki dla dzieci i często czuła, że tekst można poprawić, dać mu lepszy rym, rytm. W końcu zaczęła pisać sama. Tak po prostu. Ula miała prawdziwy talent, absolutny słuch rytmiczny! Tworzyła frazy, które wpadały w ucho i dzieciom, i ich rodzicom. Z Ulą pracowałam i przyjaźniłam się do jej śmierci. Kochała pisać dla dzieci i była niezwykłą, ciepłą osobą. Pokazała mi, że można. Że można mieć lat 50 plus, wysłać tekst do wydawnictwa i iść  dalej jak burza. Była urodzoną pisarką, miała wręcz organiczną umiejętność pisania. Wiem, że gdyby żyła, napisałaby dla SILVERA świetną książkę. Dzięki Uli mam poczucie, że przede mną jest absolutnie wszystko.

Jakie masz najbliższe plany na rozwój oficyny?

Konsekwentnie buduję zespół zaufanych osób, z którymi współpracuję. Chciałabym też poszerzyć pulę tematyczną. Myślę o obyczajówce historycznej, kryminałach. Chcę odpowiadać na potrzeby literackie moich czytelników, a te są bardzo różnorodne.Mam świadomość, że to czytelnicy zdecydują, czy SILVER przetrwa, czy nie. Czy będą wracać po moje książki, czy ich grupa będzie się rozrastać. Zdaję sobie sprawę, że na moje książki jest olbrzymie zapotrzebowanie, ale wciąż niewiele osób wie, że istnieje takie wydawnictwo. Społeczeństwo dojrzewa, więc moja misja ma potencjał.

Jak wydać książkę w wydawnictwie SILVER? Poproszę o tutorial.

Takim wzorcowym przykładem wydania książki są u mnie dwie autorki: Hanna Bilińska-Stecyszyn i Paulina Płatkowska. Paulina usłyszała wywiad ze mną przeprowadzony w radiu. Napisała maila, że ma pomysł na książkę dla tej grupy wiekowej i załączyła bardzo dobrze napisany konspekt. Przeczytałam go i byłam zachwycona, bo dokładnie wpisał się w moje oczekiwania. Hania Bilińska-Stecyszyn debiutowała u mnie jako autorka powieści − też usłyszała o SILVERZE w radiu. W mailu napisała, że ma dwie gotowe powieści i kilka opowiadań i że je załącza. Zapowiedziała się ciekawie i absolutnie piękną polszczyzną. Przeczytałam jej maszynopisy z dużą przyjemnością; mamie jej historie też się spodobały. Podsunęłam Hani kilka pomysłów redakcyjnych, na które była bardzo otwarta. Rozmawiałyśmy w grudniu, a w styczniu dostałam gotową książkę z uwzględnionymi wszystkimi moimi sugestiami!

Wystarczy zatem napisać maila, załączyć konspekt czy całą książkę i tyle? Można wydawać?

Wystarczy. Ale książka musi być po prostu dobra. Warto też pamiętać, żeby wysyłać projekty do tych wydawnictw, które mają profil zgodny z naszą książką. I żeby coś ważnego o sobie napisać.

Co to znaczy w dzisiejszych czasach napisać coś interesującego o sobie?

To znaczy znaleźć coś, co określi potencjał autora, zapowiedzieć się. Hania napisała o swoich doświadczeniach blogerskich, o wydanej własnym sumptem książce o jej mamie, o wyróżnieniu w konkursie Twojego Stylu, po którym w siebie uwierzyła. Nie wystarczy po prosty wysłać maila z załączoną książką. Wydawnictwo musi widzieć potencjał autora.

Kiedy tak przyglądam się Twojemu życiu zawodowemu, tej godnej podziwu i pozazdroszczenia karierze, myślę sobie, że jest ono piękną metaforą. Jako młoda redaktorka zajęłaś się literaturą dziecięcą, a teraz, kiedy jesteś osobą dojrzałą, otaczasz literacką opieką mocno zaniedbanych seniorów.

Dopiero teraz to dostrzegłam. Nigdy wcześniej nie myślałam o tym w ten sposób. Na co dzień skupiam się na działaniu. Ale to bardzo ładne podsumowanie. Taka opowieść jest w życiu bardzo potrzebna. Dziękuję Ci za tę metaforę.

Rozmawiała: Marzena Michałek

Iwona Krynicka, fot. Wojtek Męczyński